I stało się - urodziłam | O moim porodzie słów kilka + ważny przekaz ...

sobota, 12 listopada 2016
Hej :)

Zapewne większość z Was już wie, że zostałam mamą - jakie to uczucie? - nie do opisania, to trzeba poczuć na własnej skórze. Dzisiaj chciałam opisać jak wyglądał mój poród oraz przestrzec Was przed jedną niby nie istotną, a jakże bardzo ważną rzeczą.


Czy się bałam porodu? 
Bałam się panicznie. Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, opowieści znajomych były przeróżne. Jedni wspominali to jako horror, inni, że nie było tak źle, a nawet mniej bolało niż okres kobiecy. Śnił mi się ten moment nocami, aż w końcu zaczęło się ...


Wszystko zaczęło się już 15 października (sobota), kiedy to po przebudzeniu zaczął mnie pobolewać brzuch, a raczej podbrzusze. Nie był to mocny ból - coś takiego jak na zbliżający się okres, tylko dużo lżejszy. Po południu zaczęłam odczuwać lekkie skurcze i to bardzo nie regularne. Wtedy wiedziałam już, że to ten czas - jednak na szpital było zdecydowanie za wcześnie. W ciągu dnia byliśmy jeszcze z chłopakiem na krótkim wyjeździe do pobliskiej miejscowości. Gdy wróciliśmy do domu koło godziny 17.00 - skurcze były już mocniejsze i pojawiały się w krótszych odstępach czasowych - jednak dalej nie były regularne. Po 18.00 były coraz mocniejsze, że w tym momencie zdecydowałam zadzwonić się do szpitala, na oddział ginekologiczny i sprawdzić jaki lekarz jest na dyżurze. Okazało się, że nie ma tego którego obawiałam się, że może być - wiec pojechałam na oddział, w celu sprawdzenia co się dzieje. Zapomniałam dodać, że jeszcze zaczęłam krwawić, dość czysto krwią i na pewno nie był to czop ciążowy - więc to też mnie zaniepokoiło.

Dotarliśmy do szpitala, gdzieś o 18.30. Pani doktor która była w tym czasie obecna, zrobiła kontrolne usg łożyska, powiedziała, że wszystko jest dobrze, a rozwarcie jest na 2 cm i krwawienie które wystąpiło było spowodowane rozwieraniem się szyjki do porodu. Oczywiście skierowała mnie na porodówkę (dobrze, że wzięłam ze sobą spakowane torby).

Także wróciliśmy na pogotowie, gdzie mnie przyjęli, itp. - na pewno te procedury znacie i po tym wszystkim zaprowadzili na porodówkę. Tam kazali się rozebrać i dali swój fartuch do porodu (swojej koszuli nie można było mieć). Zaprowadzili na sale porodową, gdzie podłączyli pod KTG i liczyli skurcze oraz ich intensywność.

I teraz tak pierwsza rzecz która mi się nie spodobała, to to, że położna wyprosiła mojego chłopaka do domu - chociaż ja chciałam, żeby został i miałam do tego prawo - gdzie wtedy o tym kompletnie zapomniałam i zostałam sama.

Pomijając ten fakt wróćmy do porodu...

Na KTG skurcze pojawiały się co 10 minut, więc koło godziny 20.00 zaprowadzili mnie do sali porodów rodzinnych i mówili, żeby spróbować zasnąć by zebrać siły. Ale jak tu spać skoro skurcze na to nie pozwalają. Gdzieś przed godziną 23.00 - skurcze występowały dalej tak samo a szyjka nadal stała w miejscu. Dopiero po godzinie 2.00 w nocy - szyjka rozwarła się na 3 cm. Jednak po powrocie z sali porodowej do pokoju rodzinnego skurcze stały się coraz mocniejsze i częstsze. Po godzinie 3.00 w nocy były już tak mocne, że musiałam chodzić bo o siedzeniu nie było mowy. Miałam wrażenie, że chcę mi się dosłownie "kupy" tylko sto razy mocniej. Przed godziną 5.00 nad ranem okazało się, że rozwarcie jest już na 8 cm - co mnie zdziwiło, że tak szybko poszło na przód  a zarazem ucieszyło, gdyż już w najbliższym czasie miałam poznać swój skarb z brzuszka.

Także już przy takim rozwarciu zostałam na sali porodowej, gdzie występował skurcz za skurczem. O godzinie 6.10 odeszły mi wody płodowe (idealnie czyste - tak powiedziano). Gdzieś po godzinie 7.00 rano zaczęły się skurcze parte (mocne, mocne i to już nie były przelewki, ale wszystko do wytrzymania). Parcia trochę było, lecz malutka pojawiła się na świecie o 7.55 (16 październik 2016 - idealnie w terminie - czyżby miała być punktualna w przyszłości?).

Gdy położyli mi ją na brzuszku cały ból odszedł, a pojawiły się łezki radości. Malutko zabrali do umycia i ubrania, a ja miałam za zadanie urodzić łożysko. Co miało być bardzo proste a okazało się nie lada problemem.

A więc łożysko gdzieś się zaczepiło i za największe skarby nie chciało się urodzić. I od tej pory zaczęły się komplikacje, których nie życzę nikomu, nawet największemu wrogowi.

Położna próbowała pomoc przy urodzeniu łożyska co okazało się z marnym skutkiem. Przyszła też Pani doktor która mnie badała i skierowała na porodówkę. Zaczęła kazać mi mocniej przeć (choć parłam tak jak do urodzenia skarba) i żebym nie gadała, że nie da rady, coś w tym stylu. Zaczęła cisnąć mi na brzuch, ja do niej, że boli mocno, gorzej niż skurcze, a ona do mnie coś w stylu: gadasz głupoty, nie bądź taka delikatna, czy jakoś tak. I dalej swoje robi. Tak się męczyli aż do 8.20 i nagle stwierdzili, że coś jest nie tak i nie wiedzieli co robić (to co to jest za lekarz co nie wie co robić??? ja się pytam !!!). Na szczęście w porę na zmianę przyszedł drugi lekarz i na szczęście doświadczony. Nawet się nie przebierając od razu się mną zajął.

Ja myślałam, że wyjmie on te łożysko i po problemie, lecz okazało się, że łożysko już wyszło, a przez uciskanie brzucha wywincowała się też macica (czyli po prostu wywróciła się z lewej na prawą, czy jakoś tak) i ten lekarz trzymał ją prawie pół godziny by całkowicie nie wypadła. Wymagało to natychmiastowej operacji, a Imbecyle (bo inaczej określić tego nie mogę) nie chcieli wydać krwi zerówki - a ponoć była pilnie potrzebna bo straciłam jej bardzo dużo. Doktor który rano przyszedł dzwonił wszędzie do dyrektora szpitala, do ordynatora oddziału, zwołał mojego lekarza prowadzącego, klął na nich wszystkich, że jak to tak może być, że dziewczyna może zejść a oni krwi nie wydadzą bo nie ma osoby decyzyjnej, kiedy zerówka jest zawsze (ma być zawsze) na ratunek. Ja jeszcze byłam ledwo przytomna, ciśnienia to już ponoć prawie nie miałam. W końcu krew wydano, to od niskiego ciśnienia nie mogli żył znaleźć - he.. byłam cała pokuta. Kroplówek miałam chyba z 5 - 6 - już nie pamiętam, bo byłam tak słaba, że mało co nie straciłam przytomności. 

I powieźli mnie na blok operacyjny, uśpili i jak się obudziłam dowiedziałam się, że operacja się udała. 

Nie wyobrażacie sobie nawet co przeżył mój chłopak i rodzina. To był jakiś koszmar. Teraz dziękuje Bogu, że żyję i mogę dalej oglądać swoich bliskich i ukochaną córeczkę, która jest dla mnie moim światem.


Właśnie chciałam Was przestrzec, byście nigdy, ale to przenigdy nie pozwoliły nikomu, by w czasie porodu dziecka ktoś naciskał Wam na brzuch, bo nie musi ale może to zrobić krzywdę dla dziecka i tak samo w czasie porodu łożyska bo może zakończyć się tak jak u mnie. Ja wiem taki przypadek jak mój zdarza się bardzo rzadko więc nie chcę Was straszyć, jedynie pragnę Was poinformować, żebyście miały na uwadze. 

Na szczęście u mnie wszystko dobrze się skończyło, jednak nie wyobrażam sobie jak by to było gdyby w porę nie pojawił się nowy lekarz. Nie wspomnę, że teraz nie mogę zajść w ciąże minimum przez 4 lata, a jak już będę mieć drugie dziecko to poród tylko przez cesarskie cięcie. I dlaczego tak się stało? Ja uważam, że to przez niekompetencje Pani doktor. Myślałam, że wie co robi, a jednak się przeliczyłam. 

Tak ku woli podsumowania, musicie sami walczyć o swoje prawa, o wszystko zawsze i wszędzie się upominać. Mieć wiedzę, by nikt Was nie skrzywdził. I szanujcie i ceńcie swoje życie i to co macie, bo nigdy nie wiadomo jak długo to będzie trwać. 

Cieszcie się z małych rzeczy.

Do następnego.

Emilka :*

42 komentarze

  1. Jejć, przykro mi, że trafiłaś na tak niedoświadczonego lekarza! Jest to dla mnie nie do pojęcia. Ile stresu i bólu... Najważniejsze, teraz cieszyć się z małej i z tego, że wszystko skończyło się dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie miałam dobrych doświadczeń od personelu szpitalnego jak rodziłam . Dobrze że jesteś cała i zdrowa ucałuj maleństwo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję ślicznej coreczki, ale bardzo mi przykro, że musiałaś tyle przejść i to przez niekompetencje lekarzy. Ja pamiętam, że też mi naciskano brzuch w czasie porodu, ale na szczeście nic się nie stało. W twoim przypadku wydaje mi się, że ta krew wcześniej już była oznaką czegoś niepokojącego, co oni zignorowali.Masz rację, trzeba zawsze o wszystko upominac się samemu i mieć wiedzę by nie zostać skrzywdzonym. Twoja rodzina musiała przeżywać horror. Cieszę się, ze wyszłaś z tego i możesz teraz cieszyć się z macierzyństwa. Życzę Ci wszystkiego najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę Emilka jak to czytałam to ciarki mną wstrząsały. Szkoda mi Ciebie, że musiałaś się tak umęczyć i przez to przechodzić.
    Patrz, żyjemy w czasach gdzie kobiety bronią swoich praw i wszyscy stoją po stronie kobiet, matek itd. a tu takie okropności kobieta wyrządza drugiej kobiecie.

    Cieszę się, że wszystko się dobrze skończyło, malutka jest urocza i słodka ;)
    Buziaki dla Was

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu tak wyszło, chyba tak być musiało najważniejsze że malutka zdrowa :)

      Usuń
  5. Szkoda gadać, jaki poziom mają współcześni lekarze... Dobrze, że już wszystko z Wami w porządku :)

    OdpowiedzUsuń
  6. przetrwałam wpis... przeczytałam z ciekawością bo przyznam szczerze, że nie mam takich koleżanek, które by tak wszystko mi opowiedziały i też nie za bardzo lubię czytać tak dokładne wpisy... Może zabrzmi to samolubnie i egoistycznie, ale nie chcę mieć dzieci i tematów z tym "działem" unikam... Życzę Ci wszystkiego dobrego. Najważniejsze, że już po wszystkim i wracasz do sił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek do wszystkiego dorasta z czasem...

      Usuń
  7. O matko jakie przeżycie, dzięki Bogu wszystko dobrze się skończyło. Widocznie jakaś dobra duszyczka nad tobą czuwała. Teraz kochana odpoczywaj jak najwięcej, wracaj do zdrowia. Córeczkę masz prześliczna. Ściskam mocno :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana napiszę to jeszcze raz... Bardzo się cieszę, że wszystko jest w porządku! ♥

    Ja bym pozwała ten cały personel i zrobiłabym im taką opinię, że nikt by już nie chciał tam rodzić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy o tym nie myślałam a teraz już nie ma sensu ...

      Usuń
  9. Gratuluję dzieciątka, a jednocześnie współczuję przeżyć. Zastanawiam się, czy w takiej sytuacji nie warto by pozwać pani "doktor". Przecież to przez jej brak kompetencji ten poród o mały włos skończyłby się dla ciebie tragicznie. No i ten brak krwi. To po prostu oburzające i kompletnie abstrakcyjne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratulacje tak wspaniałego maluszka :* :* *:
    Obserwuję i zapraszam do siebie! :* http://dominatt.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochana gratuluję!
    Bardzo przykro, że pracują takie osoby w szpitalu.Ja nawet nie wiem co bym zrobiła, gdyby mnie takie coś spotkało.Skargę na pewno bym napisała, nie powinno dojść do takich sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja pierdole, bo wybacz, ale inaczej nie mogłam. Co za skurwie,,,e normalnie brak słów. lekarze? Tłumoki niedoświadczeni. Całe szczęście, że wszystko już ok, ale zobacz idziesz zdrowa i wychodzisz z komplikacjami :(((((

    A dzidzia kochana :*****

    OdpowiedzUsuń
  13. Brrrr, współczuję takich przeżyć! Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło. Gratuluję urodzenia córci! Oby zdrowo się chowała ;-)
    PS. od rana jednego dnia do 8 dnia następnego? Strasznie długo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniesze...
      trochę zeszło ale warto było :)

      Usuń
  14. Gratulacje! I współczuje przeżyć. Ważne, że wszystko dobrze się skończyło!

    OdpowiedzUsuń
  15. Gratuluję dziecka, współczuję przeżyć... szkoda, że trafiłaś na tak kiepskiego lekarza :/ mam nadzieję, że kiedy ja będę rodziła w przyszłości, to na tę panią "doktor" nie trafię :/

    OdpowiedzUsuń
  16. Przykro, że w dzisiejszych czasach lekarze tak się zachowują. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło. Gratuluję ślicznej córeczki :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Rodziłam w tym wspomnianym w opisie szpitalu moja historia porodu nie jest taka jak Twoja Emilko nie było łatwo ale nikt nie naciskał na Mój brzuch lekarz na M uchronił moje krocze od nacięcia położne dobroci kobiety.Nadmienię poród odbył się 30lipca bieżącego roku Gratuluję córeczki i przykro że w XXIwieku ludzie a zwłaszcza lekarze zachowują się jakby byli z epoki kamienia łupanego zero wyczucia ,zrozumienia i opanowania .Mojego męża także wypraszali ale powiedziałam stanowczo to będzie poród rodzinny nie ma takiej opcji aby wyszedł miałam podaną oksytocynę tzw indukcję porodu tam wypełniałam dokumentację i zauważyłam jedno rodząca jest przerażona i obolała potrzebna jest osoba bliska trzeźwo myśląca ,która bd reagowała na wszystkie uszczypliwe uwagi itp itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się, że u Ciebie było wszystko dobrze i nie miałaś takiej sytuacji jak moja..

      Usuń
  18. Biedna.. Musiałaś się wycierpiec..ale ważne ze wszystko dobrze się skończyło :) gratulacje z bobaska :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Niestety, takich już mamy lekarzy :(. Ale najważniejsze, że zostalaś szczęśliwą Mamą! :) Gratulacje! :)

    pozdrawiam,
    http://inspirujace.eu/blog

    OdpowiedzUsuń
  20. Gratulujemy dzidziusia i życzymy Wam dużo zdrowia! Mamy nadzieję, że jeśli zdecydujesz się na kolejnego maluszka, poród odbędzie się bez komplikacji... i traficie na kompetentną załogę szpitala. Przed nami drugi poród - do Małego Mysza w maju dołączy braciszek :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Jejku ile musiałaś się wycierpieć, mnie poród dopiero czeka za dokładnie miesiąc i jeden dzień, jeśli mały szkrab będzie chciał wyjść w pierwszym terminie ;) boję się strasznie tak samo jak ty się bałaś. Ale każdy rodzi, więc ja też sobie poradzę, pozdrawiam i obserwuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Współczuję Ci, że musiałaś tyle przejść. Mnie męczyli kilka godzin kiedy odeszły mi wody. !12 godzin pod KTG i nawet nie mogłam wyjść do łazienki...Żadnej opieki, a później wieczorem dopiero zabrali mnie na cesarkę, bo byłoby po dziecku.Nie cierpię szpitali!!!!

    OdpowiedzUsuń
  23. Przeszłam to samo ponad 10 lat temu. Tyle że już zemdlalam bo rodziłam 26 godzin i byłam wyczerpana. Doktor chcąc "pomóc" w urodzeniu łożyska trochę mi pokiereszowala wnętrzności które i tak były pokiereszowane przez poród. Operacja trwała dwie godziny, przetoczono mi kilka litrów krwi, i pozostawiono traume na długie lata. Dodatkowo ponizajaca mnie położna przez cały okres porodu wywołała u mnie niechęć do kolejnego dziecka na...10 lat. Drugi poród był inny, i zakończył się normalnie ale o pierwszym nigdy nie zapomnę wiec wiem co czujesz. Pozostaje mi życzyć Ci dużo szczęścia z maluszka i samych pozytywnych myśli, a o tym co przeszłas powoli próbować zapomnieć 😊

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze :)
Zaglądam do każdego komentującego.
Jeśli blog Ci się spodobał, zachęcam do obserwowania.

Pozdrawiam :):*